Izzy zamarł po moich słowach. Z jego twarzy nie dało się odczytać żadnych emocji. Po chwili wyszeptał:
-Hell House.
Nie zrozumiałam. On z zaciśniętymi ustami zbliżył się do mnie i po prostu mnie przytulił. Nie oparłam się. Odwzajemniłam uścisk wylewając na jego t-shirt mnóstwo łez. Jemu to nie przeszkadzało,trzymał mnie mocno w objęciach i nie chciał puścić. Było tak,jakby bał się,że za chwilę zniknę i już nigdy nie wrócę. Siedzieliśmy tak niemiłosiernie długo. Przynajmniej mi się tak zdawało. W końcu Izzy rozluźnił uścisk.
-To pozwolisz mi się odprowadzić?-dalej szeptał-Jeśli nie to zrozumiem. Nie będę nalegał.
-Nie,Izzy. Nie chcę żebyś mnie odprowadzał. Gdyby on cię zobaczył...
-Ale..-
-Cii- przyłożyłam mu palec do ust- miałeś nie nalegać.
Jego twarz wyrażała smutek. Zrobiło mi się go żal. Widać było,że miał wielką ochotę na odprowadzenie mnie,ale bałam się o niego. Matt był taki nieprzewidywalny. Gdyby zobaczył nas razem wpadłby w szał. Poznałam już do czego jest zdolny. Uśmiechnęłam się do Izyy'ego przez skrzące łzy.
-Przepraszam cię. Po prostu nie wybaczyłabym sobie,gdyby coś ci się stało.
To było dziwne. Zaczęło mi cholernie zależeć na chłopaku,o którym wiedziałam tylko tyle,że jest pijany. Po tych 40 minutach stał mi się tak bliski jak brat. Patrzyłam głęboko w jego oczy,w jego piwne,słodkie oczy,które wyrażały głęboką troskę o moje życie jak i rozczarowanie,że nie chcę im zaufać.
-Nie przepraszaj-dobił mnie jego smutek-nie twoja wina. Byłem głupi.Ale daj mi chociaż swój numer.
Nienawidziłam,gdy ktoś próbował brać mnie na litość,ale on był wyraźnie smutny.Jego oczy,jeszcze przed chwilą błyszczące,jakby poszarzały. Z cichym westchnieniem podałam mu numer i lekko pogłaskałam po czarnych włosach. Nie chciałam dłużej tego przeciągać. Wstałam,wyszeptałam ciche "cześć" i pognałam w stronę domu. Raz tylko odwróciłam się. Izzy stał zdezorientowany i wyraźnie nieszczęśliwy. Przyspieszyłam kroku,ale stanęłam po około 30 metrach. Z moich ust wydarł się krzyk.
-Kurwa! Po co ja tam wracam! Nie mam gdzie wracać!
Zaszlochałam. Początkowo słabiutko,ale po chwili nie mogłam złapać oddechu od przeraźliwego płaczu.
Mimo wszystko pognałam do mojego prywatnego piekła. Otworzyłam drzwi po cichutku,ale i tak wystarczająco głośno,by po chwili stanął przy niech Matt. Wyraźnie wściekły chwycił mnie za gardło i zaczął szarpać.
-Ty kurwo! Gdzie byłaś dziwko?! Znowu kurwiłaś się z jakimś frajerem w ciemnej ulicy! Jebana suka z ciebie!
Zaczęłam się dusić. Ból,który Matt zadawał mi nie tyle szarpaniem co swymi słowami był nie do zniesienia. Kurwa kogo ja kochałam przez te 2 lata?! Jebanego sadystę,bez skrupułów. Zdolnego do zabicia dziewczyny,z którą chciał dzielić życie. Straciłam oddech. Czułam już tylko bolesny upadek. Ogarnęła mnie ciemność.
Otworzyłam oczy na zimnej podłodze. Spojrzałam na okno. Było jasno. Nastał nowy dzień. Matta nigdzie nie było. Ten skurwiel nawet nie zadzwonił po karetkę. Teraz już wiedziałam,że gdyby zobaczył mnie wykrwawiającą się na ulicy a obok leżałaby wódka,to bez zastanowienia wybrałby ten jebany alkohol. Mogłam się wyprowadzić już teraz,ale coś mnie hamowało. Gdzie mogłam pójść? Matka nie chciała mnie znać po tym jak wyprowadziłam się do Matthew. Mieszkanie,w którym żyłam te 2 lata należało do niego. Jedyne co zostało to most. Skończyłam rozmyślania. Poczułam jak moje włosy kleją się do twarzy. Podeszłam do lustra i zamarłam z przerażenia. Zobaczyłam zombie. Blada twarz,brązowe,skołtunione włosy pozlepiane krwią i wielki siniak na czole. Nie namyślając się długo znalazłam wodę utlenioną i wskoczyłam do wanny. Nie mogłam wyczuć krwawiącej rany więc polałam środkiem odkażającym całą głowę. Umyłam się i doprowadziłam włosy do jako-takiego stanu. Gdy wyszłam z łazienki zadzwonił telefon. Podniosłam słuchawkę.
-Tak?
-Czy to pani Charlotte Moon?
Serce podskoczyło mi do gardła.
-Tak,to ja. Co się stało?
-Mówi Josh Withman ze szpitala. Chodzi o Matthew Brown'a. Wczoraj znaleźliśmy go zakrwawionego na ulicy. Stracił dużo krwi. Najprawdopodobniej został potrącony przez samochód. Spytany o bliską osobę podał pani nazwisko.
Nie mogłam uwierzyć. Po tym co mi zrobił sama miałam ochotę go zabić,ale w głębi serca jeszcze go kochałam. Wpadłam w panikę.
-Jaki jest jego stan? W którym leży szpitalu? Czy jest przytomny? Można go odwiedzić?
Zadawałam pytania z prędkością karabinu maszynowego. Dziwiłam się,że jakiekolwiek słowo przeszło mi przez gardło.
-Proszę się uspokoić. Jego stan jest krytyczny,ale robimy co możemy,aktualnie jest nie przytomny z powodu utraty dużej ilości krwi. Leży w szpitalu Św.Antoniego. Możemy pozwolić tylko na krótką wizytę.
Rzuciłam słuchawką. Ubrałam się najszybciej jak mogłam i zamknąwszy mieszkanie zbiegłam po schodach. Miałam szczęście. Natrafiłam na pustą taksówkę i bez zastanowienia wsiadłam. Podałam adres szpitala. Miałam w głowie kompletną pustkę. Jeszcze 20 minut temu nienawidziłam Matta,a teraz? Teraz byłam gotowa pojechać za nim na kraniec świata. Gdy samochód przystanął pod białym budynkiem rzuciłam kierowcy pieniądze i wybiegłam z auta.
-A reszta?!
Kierowca wyciągał do mnie rękę z jakimś banknotem. Zignorowałam go. Po chwili znalazłam się przy recepcji i wykrzyczałam nazwisko.
-Po pierwsze młoda damo-odwróciła się do mnie starsza pani-proszę cię o spokój. Nie jesteś w piekle z diabłami.
-Skąd pani wie,że nie jestem?! Otaczają mnie same demony! Proszę mnie wpuścić do Matta!
Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się tej kobiecie na ramieniu. Po chwili wyszedł lekarz.
-Pani Charlotte? Przykro mi.
Nie musiał mówić. Wystarczyło,że zobaczyłam wyraz jego twarzy. Chciałam zasłonić usta ręką,ale nie zdążyłam. Zwymiotowałam,po czym zwinęłam się w kłębek we własnych wymiocinach i zaczęłam płakać tak histerycznie jak nigdy. Kolejny raz dzisiaj czułam pustkę. Słyszałam krzyki,dzwonił telefon,ktoś biegł w moją stronę.
-Słyszy mnie pani?! Dorothy! Coś na uspokojenie!
-Matt-krzyczałam-kurwa oddajcie mi Matta!
Przybiegła pielęgniarka ze strzykawką do połowy napełnioną przezroczystym płynem. Trzy osoby,których nie widziałam przytrzymywały mnie podczas,gdy kobieta wbijała igłę w moją żyłę.
-Słyszy mnie pani? Pani Charlotte?
-T-t-tak.
-Z kim możemy się skontaktować? Kogo poinformować.
Zamknęłam oczy. Przestałam czuć bodźce otoczenia. W mojej głowie przetaczało się tylko jedno imię.
-Izzy-wyszeptałam.
Mnie się i tak podoba to co piszesz :)
OdpowiedzUsuńA te moje wypociny... jeśli chodzi o Zasuszone róże to po części to opowiadanie było żartem, dopiero potem podchodziłam do tego bardziej poważnie. A rozdział przeczytam później jak znajdę chwilę :)
Hah no dziękuję :D. Aczkolwiek ja jak zwykle mam swoje zdanie xD.
OdpowiedzUsuńHm, okolice Katowic, a ty?
O łał, czyli jednak świat jest mały :) a jakie miasto?
OdpowiedzUsuńHahah dobrym komikiem? Przecież ja prawdę mówię :)
Ja całkiem niedawno byłam w Oświęcimiu, na wycieczce szkolnej. Wiem, że tam jest akurat jakaś godzina drogi. Tylko autobusem to tam chyba raczej nie dojadę :P.
OdpowiedzUsuńOła, coś się spieszysz z tymi rozdziałami :D.
No nigdy nie miałam okazji podróżować samotnie w okolice Oświęcimia. Dlatego trochę jestem nie zorientowana. A w ogóle jak masz na imię? Bo chyba nie pytałam o to. :P
OdpowiedzUsuńNieźle, ja niestety chyba nie mam jakichś cech wspólnych z jakimkolwiek muzykiem. No może tylko to, że jestem leworęczna jak Joe albo Duff. Ale to taki mały szczegół ;)
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że to nie problem się zorientować :P.
Ja raczej Bitelsów nie słucham, więc nie wiem. Ale fajna jest świadomość, że ma się jakąś wspólną cechę z nimi :D.
OdpowiedzUsuńOdłóż to na później. Nie musisz przecież napisac tego teraz. Albo po prostu napisz sobie kilka rozdziałów i będziesz je publikowała co jakiś czas. Tak wydaje mi się prościej. Ja wolę pisać na bieżąco, chociaż teraz się pospieszyłam dosyć. Zależy mi na tym, żeby skończyć to jak najszybciej, bo jak zwykle mam sto innych pomysłów, które chciałabym zrealizować.