Tak na początek krótka informacja... W rozdziale zmieniam narrację. Charlee już nie będzie opowiadać swoich losów. To było dla mnie uciążliwe,bo nie mogłam opisać niczego co działo się poza miejscami,w których ona była. Miłej lektury.
***
Tydzień minął bardzo szybko. Stevenowi się nie poprawiło. Dalej był utrzymywany w śpiączce i podłączony do urządzeń podtrzymujących życie.Axl szalał. Bez przerwy odgrażał się,że Adler wyleci z zespołu. Nie chciałam tego słuchać,ale Rose miał wyjątkowo donośny głos. Nie afiszowałam sie jeszcze z moim związkiem. Lepiej,żeby nikt poza mną i Izzym o tym nie wiedział. Któregoś dnia Axl poprosił mnie do swojego pokoju. Wystraszyłam się nieco,ale poszłam. Przywitał mnie,o dziwo,przyjaznym uśmiechem.
-Charlee musisz mi pomóc.
To przezwisko już do mnie przylgnęło. Swoją drogą było całkiem słodkie.
-Słucha. Ten zespół powstał w tym roku. Przed paroma miesiącami. Wiem,że to dziwne,ale nie mamy jeszcze nazwy,a z tymi menelami nie da się nic wymyślić.
Roześmiałam się. A więc o to chodziło! Siedzieliśmy w jego pokoju około dwóch godzin,ale nic nie przyszło nam do głowy.
-Kurwa-mruknął w końcu Axl-ta jebana nazwa musi być niebezpieczna. Jak my. Ma odzwierciedlać nas.
-Może od twojego nazwiska?
-Róża?! Kurwa, to ma być niebezpieczne?!
Ten człowiek zdecydowanie zbyt szybko tracił cierpliwość. Zdenerwowałam się,ale nie chciałam z nim walczyć. Zaczęłam myśleć intensywniej raz za czas rzucając mu wściekłe spojrzenia. Axl zauważył to. Podszedł do mnie i zbliżył usta do mojej twarzy. Zrobiło się niebezpiecznie,ale on tylko wyszeptał mi do ucha:
-Przepraszam,mała. Wiesz,że jestem nerwowy.
Uśmiechnął się do mnie. Po chwili w mojej głowie pojawił się pomysł. Postanowiłam zaryzykować,ale miałam świadomość,że zapewne zostanie zrównany z ziemią.
-Guns and Roses-wyszeptałam.
-Co powiedziałaś?!-Axl odwrócił się do mnie gwałtownie.
-Nic-spuściłam wzrok.
-Powtórz to mała,proszę-nie dawał za wygraną Rudy zbliżając się do mnie powoli.
Powtórzyłam. Axl,nawet nie zorientowałam się kiedy, wziął mnie na ręce i zaczął dziko skakać po pokoju krzycząc:
-To kurewsko dobra nazwa!
Po chwili wybiegł z pomieszczenia nie puszczając mnie. W salonie siedzieli Slash,Izzy,Duff i Camille. Wszyscy gapili się na nas jak na wariatów. Axl śmiał się i obracał wokół własnej osi. Krzyczał,że jestem jego królową.
-Puść mnie wariacie-darłam się równocześnie płacząc ze śmiechu-w głowie mi się kręci!
-Kurwa-Slash nie wytrzymał-powiecie wreszcie o co chodzi?
-A o to-powiedział Rose-że Charlee wymyśliła dla nas zajebistą nazwę!
Izzy wstał i odebrał mnie szczęśliwemu Axlowi. Piwne oczy mojego gitarzysty wwiercały się w Rudego skaczącego po Duffie.
-To jaka ta nazwa?-spytał Stradlin.
-Guns n' Roses-wokaliście zabłyszczały oczy.
***
Nazwa się przyjęła. Chłopcy byli zadowoleni. Stosunek Slasha i Duffa do mnie znacznie się zmienił. Hudson coraz częściej ze mną rozmawiał. Odkryłam między nami wiele podobieństw. Słuchaliśmy tej samej muzyki,mieliśmy ten sam światopogląd. Slash wciągnął mnie w swój świat. Dzięki niemu moja trauma przeszła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Sama nie wiedziałam jak to możliwe. Potłuczone szkło i alkohol nie ruszały mnie już. Patrzyłam na nie spokojnie,a nawet dawałam się czasem namówić na parę łyków jakiegoś trunku. Gitarzysta okazał się idealny zastępcą Stevena,za którym,mimo wszystko, dalej ogromnie tęskniłam. Duff został moim osobistym nauczycielem historii. Opowiedział mi o swoim życiu i o początkach zespołu. Słuchałam go zawsze z wypiekami na twarzy. Mój związek z Izzym był na dobrej drodze. Chłopak,tak jak mówił mi kiedyś Axl, był opiekuńczy i czuły. Mimo,że coraz więcej czasu spędzałam ze Slashem,Duffem i Camille nie okazywał zazdrości. Starał się ograniczyć alkohol,a materace w naszym pokoju zbliżyły się do siebie. Któregoś dnia sielankę przerwał telefon. Podeszłam odebrać. W słuchawce odezwał się znajomy głos. To był lekarz ze szpitala,w którym leżał Steven.
-Charlotte Moon? Dzwonię,aby poinformować,że pan Adler wybudził się ze śpiączki,a jego stan się poprawia.
Słuchawka z głośnym łoskotem upadła na stolik. Pobiegłam do pokoju ze łzami szczęścia w oczach. Izzy siedział na podłodze i grał coś na swojej gitarze. Gdy ujrzał mnie płaczącą zerwał się z miejsca i automatycznie objął moją talię.
-Co się stało mała? Wszystko dobrze?-spytał się z troską.
-Cudownie-usmiechnęłam się-Steven wybudził się ze śpiączki.
Po pół godzinie byliśmy już w szpitalu i wędrowaliśmy korytarzem szukając pokoju Stevena. W końcu go znaleźliśmy. Weszłam pierwsza. Na dźwięk otwieranych drzwi chłopak spojrzał w ich stronę otumanionymi silnym lekiem oczami.
-Mam iść na odwyk-powiedział słabo i wyciągnął w moją stronę obie ręce.
Zbliżyłam się do niego i usiadłam na krześle obok łóżka. Wyglądał dalej jak mały,słodki chłopiec,który wystraszony błaga,żebym go stąd zabrała. Złapałam jego bezwładnie opadające ręce i wtuliłam twarz w blado-złote,rozwichrzone włosy.
-To dobrze-szeptałam-musisz z tym skończyć.Nie chcę cię stracić,a jeśli ty odejdziesz,odejdę razem z tobą.
-Pójdę...obiecuję-jego głos coraz bardziej słabł.
-Patrz,kto do ciebie przyszedł.
Izzy zbliżył się niepewnie do łóżka,blado uśmiechnął się do przyjaciela i usiadł koło mnie.
-Cześć chłopie.Nawet nie wiesz jak nam ciebie brakuje.
Stevie z trudem wymusił uśmiech.
-Nie martw się. Jeszcze nie raz dam wam w kość.
-Mam nadzieję,że już nie z heroiną.
Steven zmrużył oczy. Widać było,że nie ma już sił na dalszą rozmowę. Dałam znak Izzy'emu. Złożyłam na policzku blondyna pocałunek. On wykrzywił usta w uśmiechu i odprowadził nas wzrokiem. Za drzwiami stał lekarz.
-Kiedy wróci do domu?-spytałam.
-Na razie będziemy go obserwować. Jeśli jego stan się poprawi na tyle,że będziemy mogli go wypisać to zadzwonimy. Na razie jest okropnie osłabiony. Będziecie musieli go pilnować. Proszę usunąć szkodliwe substancje z domu,utrzymywać go w czystości. Pan Adler dostanie też skierowanie na terapię odwykową.
Słysząc te słowa zwątpiłam w sens istnienia. Steven,mimo,że się zarzekał,nie pójdzie na odwyk. Mało tego ten facet wymagał od nas niemalże cudu jakim było utrzymanie Hell House w czystości! Poza tym zachowanie Axla prędko zmusi tego chłopaka ,by powrócił do nałogu.
-Dziekujemy-powiedziałam-będziemy czekać na informacje.
Izzy objął mnie. Opuściliśmy budynek. Mój ukochany podszedł do sprawy bardzo poważnie. W domu postawił wszystkich na baczność. Przez resztę dnia poszukiwaliśmy stevenowych kryjówek na dragi. Znajdywaliśmy je dosłownie wszędzie.
-Nie wiedziałem-Izzy widząc przed sobą pokaźny stos z różnorodnych narkotyków (głównie jednak heroiny) schował twarz w dłonie-on cały czas się truł a ja nie wiedziałem.
Slash poklepał go po plecach jednocześnie rzucając na kupkę kolejny woreczek białego proszku.
-Nie obwiniaj się. Stevena nic nie zmieni...
Ja i Camille zajęłyśmy się sprzątaniem domu. Po chwili dołączył do nas Axl. Karnie wykonywał nasze polecenia,co szczerze mnie zdziwiło. Przecież to on zawsze rządził i jego trzeba było słuchać. Nie wnikałam w powody jego zachowania. Raz w życiu mogłam się nacieszyć wykorzystywaniem rudego lidera. Po godzinie jednak Hell House wyglądał tak samo co na początku naszej pracy.
-Poddaję się-powiedziałam zrezygnowana patrząc z uśmiechem na Axla zasuwającego ze szmatką w dłoniach po podłodze.
Posprzątaliśmy wszystkie szkła i strzykawki. Parkiet jako jedyny błyszczał na tle całego domu.
-Nie-usłyszałam głos Camille,która z obrzydzeniem wypadła z łazienki-nie poddajesz się. A teraz pomóż mi z tym chlewem!
Skrzywiłam się,ale,biorąc pod uwagę późniejsze następstwa, stwierdziłam,że było warto. Nagle z pokoju Duffa i Slasha dobiegł nas hałas,który po chwili przerodził się w dzikie krzyki. Gotowe do walki i uzbrojone w ,czyste już, szczotki klozetowe wpadłyśmy do pomieszczenia. Spojrzałyśmy po sobie i wybuchnęłyśmy śmiechem. Slash miotał się po pokoju zaplątany w poszewkę od kołdry i wyklinał Duffa i Izzy'ego,którzy starali się go zatrzymać. W końcu Hudson wpadł na mnie. Camille mocno go przytrzymała i pod groźbą stałego kalectwa wymusiła stanie w miejscu. Ja korzystając z tej chwili wyplątałam chłopaka z materiału. Po pięciu minutach oba materace były zaścielone.
-Dobra,dzieciaki. Możemy wam zaufać?-spytałam.
-Jasne!-odpowiedzieli chórem.
-To teraz ścieracie kurze,sprzątacie z podłogi te ohydztwa. Każdy kąt ma błyszczeć! Potem robicie to samo w każdym kolejnym pokoju.
Dla pewności jednak sama zaścieliłam pozostałe materace. Późnym wieczorem wszyscy z ulgą zasiedli na kanapie w salonie. Axl narzekał na uszczerbki na psychice, po tym, jak w kuchni zaatakowały go karaluchy,gdy próbował pozbyć się żyjącego własnym życiem jedzenia z lodówki. Rose opowiadając te bajki skakał wściekły po sofie,a my wyliśmy donośnym śmiechem. Nagle Izzy,uśmiechając się do mnie,wstał.
-Słuchajcie-zaczął i przyciągnął mnie do siebie-chciałem coś,kurwa,powiedzieć.
No tak.Jakby nie mógł wytrzymać bez tego cholernego przekleństwa. Pięć par oczu zwróciło się w moją stronę. Czułam się co najmniej dziwnie.
-Ja i Charlotte jesteśmy parą.
Złożył na mych ustach czuły pocałunek podczas,gdy reszta (z Axlem na przedzie) krzyczała i biła brawo.Nagle drzwi się otworzyły. Obserwowałam z przerażeniem w oczach jak do środka wchodzi wyczerpany Stevie.
***
Nahhh trochę długie... wreszcie przepisałam to z tej cholernej kartki. Błędy głównie w interpunkcji. Przepraszam.
Doskonale cię rozumiem, naprawdę :D. Ja niecałą godzinę temu wróciłam do domu i ledwo żyję. Wtorki są dla mnie najgorsze, bo większość czasu przesiedzę w szkole, a potem na nic nie mam siły.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTo jest świetnie. Takie blogi to ja lubię. :) Związek z Izzym, coś nowego. ♥
OdpowiedzUsuńObiecuję dziś przeczytać wszystkie rozdziały! :D
Kiedy będziesz miała trochę czasu zajrzyj do mnie. ;)